free counters Subskrybuj kanał RSS blogu
Kategorie: Wszystkie | Ateny | codzienność | krótko | muzycznie | początek | turystycznie | świątecznie
RSS

codzienność

poniedziałek, 07 lutego 2011

Grecko-wiosenna aura...

Niedzielne popołudnie... wchodzę do piekarnio-cukierni, rozglądam się w poszukiwaniu lodówki z małymi ciasteczkami z galaretką, polane czekoladą etc. Podchodzę sobie do szyby i liczę pod nosem czego ile wziąć, nagle słyszę krzyk w swoją stronę od (nieprzyjemnej-jak się okazuje) greckiej ekspedjentki: "Czego jeszcze chcesz babo?".  'Babo'?, 'jeszcze'?-myślę sobie- przecież dopiero co weszłam, a gdzie eleganckie 'kalispera!'

Aaaaa........ już wiem, dosłyszała jak pod nosem licze po polsku i pomyślała, że ma prawo powydzierać się na mnie po grecku. Uśmiechnęłam się do niej, powiedziałam 'kalispera' i poleciłam żeby przegryzła jakieś słodkie ciasteczko, by zrobiło się jej lżej na duszy..

Za rogiem jest na szczęście druga cukiernia (niech żyje prawo wolnego rynku!), tam kupiłam zapakowane ciasteczka dla mojego małego przyjaciela w szpitalu i nie liczyłam ich już po polsku, ale (ena), (dio), (tria), (tesera)...

czwartek, 27 stycznia 2011

Tak na dobranoc...

zerknęłam na artykuł  http://www.tvn24.pl/-1,1690707,0,1,kto-pierwszy-odda-euro,wiadomosc.html i mnie natchnęło na wspomnienia DRACHMY, pamiętacie?

ja niestety nie załapałam się na żywotność tej waluty ale wiem, że tutaj szczerze się za nią tęskni i za tamtymi czasami...

Pieniądze miały większą wartość, wiem że sytuacja gospodarcza była inna, ale wówczas dostawałeś wypłatę i byłeś gość!

Według tych doniesień, spekulanci twierdzą, że do 2016 roku Grecja będzie pierwsza, która pożegna się z eurolandem i pytanie czy wtedy będziemy mieli powrót do przeszłości?

Oczywiście na szczycie w Davos wszyscy zapewniali, że strefa euro przetrwa i dołączą do niej nowe kraje: http://edition.cnn.com/2011/BUSINESS/01/27/switzerland.davos.sarkozy.euro/index.html

No to macie ode mnie w prezencie -  temat na nocny koszmar albo piękny sen;

DOBRANOC;)?

poniedziałek, 17 stycznia 2011

NARÓD ROZŚPIEWANY?

Na greckim kanale MEGA ostatniego,niedzielnego wieczoru leciało show "Just the 2of us", polską wersję mieliśmy już na łamach Polsatu (ale chyba nie wyszło), mniejsza o to. Całe to celebrity-program natchnęło mnie do pewnej myśli, że Grecy to przecież naród rozśpiewany i szanujący swoją muzyczną tradycję;) I nie tylko dlatego, że w TV możemy oglądać "X-factor" albo "Just the 2 of us" ...

Polscy artyści mają czego zazdrościć greckiej społeczności muzycznej. Pamiętam swego czasu toczyła się u nas głęboka debata na temat miejsca polskiej muzyki w radio oczywiście chodziło o to, że polskie radia wykorzystują lukę w ustawie i puszczają wymagane ilości polskiej muzyki ale wyłącznie poza najlepszym czasem antenowym a więc po północy. Otóż w Grecji taki problem w ogóle nie istnieje. Tutaj jest wręcz odwrotnie- włączasz radio i z trudem przychodzi Ci znalezienie muzyki stricte zagranicznej, oczywiście znajdzie się jakiś jeden lub dwa kanały ale powiedzmy sobie szczerze, tu greckie znaczy mające pierwszeństwo i stąd takie reguły.

Jest jeszcze jedna rzecz, która czasem mnie denerwuje (jak w dobrym czasie antenowym nie ma nic innego w TV oprócz tańczących przy stole ludzi), a z drugiej strony patrząc na rozśpiewane buzie jej uczestników, zastanawiam się skąd znają słowa wszystkich granych piosenek? Są to tzw. telewizyjne biesiady, które w Grecji znajdą każdą okazję do świętowania. Na nagraniu ustawia się potężne stoły, siadają przed nimi gwiazdy a jeszcze inni celebryci śpiewają, wszystko to tylko po to by wywołać telewizyjną, miłą atmosferę, przyciągającą publiczność, być może również świętującą.

No i śpiewamy, tańczymy, rozrzucamy kulki papieru... Mnie osobiście takie greckie show nie przyciąga, ale z zazdrością przerzucam kanał patrząc na ludzi, którzy odpowiadają na śpiewaną piosenkę własnym śpiewem...

Nasza polska, muzyczna kultura ma swoje miejsce w świadomości Polaków, ale mam wrażenie że gdzieś na szarym końcu.

No więc jak osiągać sukces i być artystą wielbionym przez naród to tylko w Elladzie;)

niedziela, 09 stycznia 2011

OPTYMISTYCZNIE:)

Ostatnio przejrzałam wpisy, które umieściłam dotychczas na blogu i doszłam do wniosku, że wszystkie są w takim ponurym charakterze. Przyznaję, że nie miałam z góry założonego planu, że będę skupiać się na mankamentach emigranckiego życia w Grecji, ale 'w praniu' wyszło, że mam tylko negatywne odczucia co do Ellady - a to nie prawda!:)
Dziś zastanawiałam się na pozytywnymi stronami tego kraju i parę znalazłam:)

1. POGODA! - no niezaprzeczalnie argument numer jeden, niepodważalny i najważniejszy. W Polsce co prawda tygodniowa odwilż, ale zima jest prawdziwą zimą, z mrozami, ze śniegiem, z minusowymi temperaturami z prawdziwego zdarzenia. Natomiast dziś w Atenach (a mamy 9. styczeń) na ulicy widziałam pana sprzedającego żonkile, pięknie świeci słońce, a popołudniami mnóstwo ludzi wybiera się na spacery plażą.Niezaprzeczalnie pogoda to cały klimat radości tego kraju i mimo że lato daje popalić upałami, to nie zmienia to faktu, że Grecję kocha się za słońce...

2. WOLNIEJSZY TRYB ŻYCIA - ja wiem wiem, zaraz odezwą się zagorzali ekonomiści, którzy kryzys Grecji upatrują właśnie w jej lenistwie, ale powiedzmy sobie szczerze: Ellada bez siesty (od 14:00 do 17:00) to nie Ελλαδα! Czas kiedy wszystko staje, ulice pustoszeją, ustają hałasy jest jakiś kojący, poza tym takie 'calm down' to nie tylko siesta, ale również styl życia. Warto pomyśleć o sobie, przystopować, mieć czas dla bliskich...

3. ZDROWE JEDZENIE - pierwsze co przychodzi mi na myśl to oliva, która dodawana jest prawie do wszystkiego! Grecy jedzą przede wszystkim dużo warzyw i owoców, tutaj sezonowe na prawdę ma duże znaczenie. Obecnie 'warzywniaki' pełne są pakowanych po parę kilo mandarynek i pomarańczy. Pamiętam jak sama się kiedyś zachwycałam widząc z samochodu drzewko pełne mandarynek. Nie bez znaczenia są też ubóstwiane owoce morza, ryby i to co świeże. Warto też pamiętać, że jeść w Grecji znaczy delektować się, bez pośpiechu, wspólnie przy winie.

4. CZYSTA I CIEPŁA MORSKA WODA- czyli to czego brakuje w Polsce. Morze mamy, ale chyba po to by spędzić wakacje na plaży, zjeść świeżą rybę i nawdychać się jodu. Nasz Bałtyk miałam okazję odwiedzić w zeszłe wakacje i przyznaję, że nawet gdyby nie istniały zakazy sanepidu, to do wody bym nie weszła i nie dlatego, że brudna ale potwornie zimna. Oczywiście na północy Grecji woda często bywa zamulona, zresztą tysiące turystów na Riwierze Olimpijskiej też robi swoje, ale już południe i wyspy to inny poziom czystości i temperatura wody rekompensuje największe trudy dnia...

5. WIDOKI ZAPIERAJĄCE DECH W PIERSIACH - i wcale nie mam na myśli Akropol, z którego widać potężne Ateny, ale chociażby Meteory, białe plaże na Chalkidiki, moje ukochane Cyklady z biało-niebieskimi domkami, małe i klimatyczne uliczki z romantyczną nutą, skaliste zbocza Sunio, niezatłoczony Peloponez, Samaria na Krecie i tak wymieniać mogłabym do jutra...

6. TRADYCJA I HISTORIA - mimo, że nie zmieniłam zdania na temat greckiej megalomani to potrafię znaleźć w niej parę pozytywów. Grecja to rzeczywiście kraj historią pachnący, tu czuje się Peryklesa czy Arystotelesa. Zorba i Bouzouki mają swoje narodowe znaczenie, święta są obchodzone tradycyjnie i przykłada się do nich dużą wagę. Tradycja i historia często nadają chwili charakter dobrej zabawy i człowiek dobrze czuje się sam ze sobą...

To tyle ile przyszło mi dziś na myśl, z każdym dniem rozumiem bardziej i uczę się życia w tym kraju, systematycznie może tę listę będziemy wydłużać:)

czwartek, 06 stycznia 2011

Południowo znaczy markowo?

Nie wiem czy to tylko ja to zauważam, czy może moja opinia jest nad wyraz przesadzona (piszcie jak Wy to sami widzicie), ale wydaje mi się, że po grecku znaczy z przepychem, drogo i markowo. Grecy a właściwie Greczynki to kobiety obeznane w trendach mody. Czasami przechadzając się ulicami Aten, albo zwyczajnie obserwując ludzi zza restauracyjnego ogródka mam wrażenie że jestem na mediolańskich pokazach mody albo gdzieś na paryskim plenerze fotograficznym, gdzie dziewczyny pozują mając na sobie markowe ciuchy.

Okulary Dior'a, buty Louisa Vuitton'a, oryginalna torebka a w niej iPhone, zegarek D&G, piękne auto, drogie spa, znany fryzjer. Oczywiście takich pań w Atenach jest wiele (jak w każdej stolicy, w Warszawie również) są to kobiety, które zaliczyć można do tych z wyższej sfery finansowej, bo taka jak najbardziej istnieje w Atenach i całej Grecji. Ale powiedzmy sobie szczerze, bogaczy w Grecji jest mały procent i wiem, że trudno w to uwierzyć, kiedy obserwuje się greckie ulice miast. Kiedyś z ciekawości zastanawialiśmy się ze znajomymi skąd Grecy mają na to pieniądze? Podejrzewamy ich o skłonności życia ponad stan -  i to jest fakt -  kryzys też to wykazał! Przykładają dużą wagę do tego jak wyglądają, prezentują się, co inni o nich myślą...

Muszę przyznać, że nasi polscy mężczyźni dużo mogliby się nauczyć od swoich greckich kolegów, jeśli chodzi o kwestie odwagi w stylizacji, czy zwyczajnego doboru ładnego ubrania, ale nie zapędzałabym się w takim ślepym papugowaniu, u nas na szczęście zdrowy rozsądek bierze jeszcze górę. Polaków kwalifikuje się na ostatnich miejscach w umiejętności oszczędzania, ale jak patrzę na greckie życie, to Grecy biją chyba wszystkich na łeb w możliwościach kredytowych. Wypasione auto, zegarek, perfumy, styl życia, ciuchy, a karta kredytowa woła o pomstę do nieba.

Dzieciaki w szkołach muszą mieć prezencję, styl, klasę, bo inaczej trudno będzie z dostrzeżeniem innych zalet. Kobieta na zakupy do supermarketu musi mieć nienaganny makijaż i oryginalne dresy a do tego lśniącą torebkę. Facet to macho, a taki bez dużego, czarnego jeepa prezentuje się frajerowato.

No i tak patrzę i patrzę... Miło jest widzieć zadbane kobiety, ładne dziewczyny (a te chyba na całym świecie ostatnio za szybko chcą być dorosłe), mężczyzn ładnie pachnących, a z drugiej strony podziwiam ich za odwagę zapewniania sobie dożywotniego harowania na miesięczne spłaty karty kredytowej, to dopiero nazywa się życiowy plan...

środa, 05 stycznia 2011

ZAWSZE! NA NOSIE

zanim zacznę, chciałabym złożyć Wam Noworoczne życzenia - spełnienia marzeń, dużo radości i uśmiechu. Tym, którzy planują już wakacje w Grecji by udało im się spędzić tu miło czas a tym, którzy codziennie słyszą 'kalimera', aby to przywitanie miało sens każdego dnia:)

Wracając nad ranem z sylwestrowej zabawy, stałam w potężnym korku przed wjazdem do centrum. Obserwując ludzi w autach zauważyłam, że wielu pomimo wciąż trwającej ciemności, ma na nosach okulary przeciwsłoneczne...dziwne?

Otóż okulary przeciwsłoneczne to nierozłączny atrybut Greka i nie ma znaczenia pora roku a jak widać nawet pora dnia. Na lotnisku w Berlinie najłatwiej znaleźć swoją kolejkę do cheek'inu przyglądając się ludziom, tam gdzie jest najgłośniej i gdzie wszyscy mają okulary na nosach lub głowach zawsze rozpoznaje się 'swoich' lecących do Aten.

Okulary przeciwsłoneczne to tutaj coś w rodzaju zawsze noszonego zegarka, czy kolczyków w uszach. W damskiej torebce mają swój zasłużony futerał, a na nosie wygrzane miejsce. Przechadzając się po ulicach greckich miast, da się zauważyć mnóstwo sklepików typu 'optyczne', gdzie do wyboru i do koloru mamy okluary powyżej 100 euro, a w tym Dior, Gucci, D&G etc.

Właściwie lubię to ich przyzwyczajenie, sama zimą noszę okulary, w samochodzie zawsze leżą na wierzchu bym mogła po nie sięgnąć, wciąż jednak nie potrafię przełamać się do jednego, a mianowicie do robienia sobie corocznej przyjemności i kupowania okularów przeciwsłonecznych za 200euro. Mam jedne które dostałam w prezencie i tak naprawdę leżą w domu w futerale czekając na specjalne okazje, tylko że niby jakie to? Przecież w końcu każdy moment jest dobry na to by założyć okulary przeciwsłoneczne i nikogo to tu nie zdziwi:)

wtorek, 28 grudnia 2010

«z grubej rury»

 

Dyskryminacja, rasizm, nacjonalizm, nietolerancja...
Wydaje się, że Europa to jeden z najstarszych wśród ucywilizowanych kontynentów, a już same członkostwo państwa w UE do czegoś zobowiązuje, powinno się świecić przykładem w poszanowaniu praw człowieka. Nic bardziej mylnego, o to jesteśmy w Grecji, kraju dla Greków, gdzie emigrant to jednostka niższej klasy i przydatna wyłącznie do robót ciężkich. Turytom mówimy tak, ale odpoczywajcie, płaćcie i wyjeżdżajcie, by zarabiać u siebie na powtórne wakacje w Elladzie.  Albańczykom mówimy tak, ale w ograniczonej ilości (nie udało się!) i byle by ich pozamykać w rolniczych obozach pracy. Pakistańczykom mówi tak, ale wyłącznie w domowych zaciszu, gdzie wykonają każdy nasz rozkaz. Mieszkańcom Afryki mówimy tak, ale byle by nie wychylali się z kuchni drogich tawern, bo jeszcze Grekowi odechce się jeść, jak pomyśli że te pyszności sporządziły czarne rączki. Polakom mówimy tak, bo w końcu ktoś musi pilnować nasze dzieci i uzupełniać braki personelu w restauracjach podczas sezonu. Niemcom mówimy tak, ale niech oddadzą co zwerbowali podczas II wojny światowej, pobudują hotele i wracają do siebie. No i tak prezentuje się w skrócie podejście typowego, gburowatego Greka do emigranta, który choćby ciut ciut ujawnił się ze swoim akcentem, a już zostałby z góry skreślony, jako ten który kradnie, gwałci i sieje chaos...
Nie zakładam z góry, że wszyscy są bee i nikt nie zasługuje tu na dowody sympatii, kłamałabym również, twierdząc że cała Ellada to zlepek takiego samego podejścia do inności, gdyż to tak naprawdę zależy od tego czy mamy do czynienia z  Grekiem z wysp, Grekiem z Aten czy Grekiem-mieszkańcem małego miasteczka na Północy albo Peloponezie.  Jest jeszcze jedna ciekawa zależność: Grecy mają zdolność przeobrażania się, a mianowicie to nie są tacy sami ludzie podczas sezonu turystycznego, jak poza nim, a więc ci, z którymi przychodzi nam się spotykać każdego dnia zimą czy wiosną. Stąd taka rozbieżność opinii wśród turystów zachwyconych grecką gościnnością a nami, którzy tu na co dzień przebywamy.Dyskryminacja, rasizm, nacjonalizm, nietolerancja...?Wydaje się, że Europa to jeden z najstarszych wśród ucywilizowanych kontynentów, a już same członkostwo państwa w UE do czegoś zobowiązuje, powinno się świecić przykładem w poszanowaniu praw człowieka. Nic bardziej mylnego, o to jesteśmy w Grecji, kraju dla Greków, gdzie emigrant to jednostka niższej klasy i przydatna wyłącznie do robót ciężkich. Turytom mówimy tak, ale odpoczywajcie, płaćcie i wyjeżdżajcie, by zarabiać u siebie na powtórne wakacje w Elladzie. Albańczykom mówimy tak, ale w ograniczonej ilości (nie udało się!) i byleby ich pozamykać w rolniczych obozach pracy. Pakistańczykom mówi tak, ale wyłącznie w domowym zaciszu, gdzie wykonają każdy nasz rozkaz. Mieszkańcom Afryki mówimy tak, ale byleby nie wychylali się z kuchni drogich tawern, bo jeszcze Grekowi odechce się jeść, jak pomyśli że te pyszności sporządziły czarne rączki. Polakom mówimy tak, bo w końcu ktoś musi pilnować nasze dzieci i uzupełniać braki personelu w restauracjach podczas sezonu. Niemcom mówimy tak, ale niech oddadzą co zwerbowali podczas II wojny światowej, pobudują hotele i wracają do siebie. No i tak prezentuje się w skrócie podejście typowego, gburowatego Greka do emigranta, który choćby ciut ciut ujawnił się ze swoim akcentem, a już zostałby z góry skreślony, jako ten który kradnie, gwałci i sieje chaos...

Grecy to megalomanii i nacjonaliści. Skoro antyczna Grecja imponowała i budziła grozę, to znaczy że dalej tak jest i wszystko to korzenie inteligencji i wyższości nad innymi. Ateny były kolebką demokracji, tej w czystej postaci, bezpośredniej (która dziś właściwie nigdzie nie istnieje), ale ciekawa jestem czy Perykles byłby ówcześnie dumny ze swojego ludu?

Przypomina mi się kasjerka w sklepie w Katerini, która latem rozmawiała ze mą po angielsku a zimą kręciła zaprzeczająco głową, że ona nie 'poniemaju' po angielsku. Sympatyczny inaczej był też urzędnik w IKA, który po jeden papier kazał mi się udać do własnego NFZ w Polsce, po czym jak go doniosłam stwierdził że jest mu już niepotrzebny. Przykre są też szemrania ludzi stojących przy kasie za Chinką albo Albańczykiem, a nie daj Panie Boże, żeby 'ci z czarnego lądu' rozkochiwali w sobie białe dziewczyny -  nie do zaakceptowania. Przypominam sobie też historię znajomych, którzy nie weszli do clubu z powodu albańskich paszportów, albo sytuację kolegi - inżyniera, który wezwany do service okna zdradził się z obcym akcentem i zadzwoniono do firmy z żądaniem żeby nie przysyłać klientom złodziei ale greckich pracowników. Dziwnie jest też rozmawiać w swoim ojczystym języku w Media Markt i usłyszeć komentarze po grecku od personelu, który myśli że ma do czynienia z turystami...

Nie zakładam z góry, że wszyscy są bee i nikt nie zasługuje tu na dowody sympatii, kłamałabym również twierdząc, że cała Ellada to zlepek ludzi o takim samym podejściu do inności. Bo to tak naprawdę zależy od tego czy mamy do czynienia z Grekiem z wysp, Grekiem z Aten czy Grekiem-mieszkańcem małego miasteczka na Północy albo Peloponezie. Jest jeszcze jedna ciekawa zależność: Grecy mają zdolność przeobrażania się, a mianowicie - to nie są tacy sami ludzie podczas sezonu turystycznego, jak ci poza nim - a więc z tymi, z którymi przychodzi nam się spotykać każdego dnia zimą czy wiosną. Stąd taka rozbieżność opinii wśród turystów zachwyconych grecką gościnnością a nami, którzy tu na co dzień przebywamy...

Mam wrażenie, że Grecy miastowi są najgorszymi egoistami i fanatykami. Ateńskie klimaty wręcz zaostrzają stosunki grecko-emigranckie, a władzom jakoś nie zależy na zmianie tej sytuacji. Jedni żyją obok drugich, ale daleka droga do tego by móc stwierdzić, że to miejsce wielokulturowości. Ateny bronią się przed tym rękami i nogami. Natomiast Grecy z wysp to rzeczywiście bardziej ucywilizowani ludzie, którzy nauczyli się dzielić ziemią z przybyszami i chyba nieźle wychodzą na tym obie strony. No i te małe miasteczka - a tam lekka ruletka, są miejsca gdzie prawa człowieka często nie mają żadnego znaczenia, a ci którzy pozostają w Grecji nielegalnie, tam znajdują schronienie i często mieszkają razem ze zwierzętami ciężko pracując na farmie, ale są też i takie obszary gdzie na hasło obcokrajowiec stara Greczynka szeroko się uśmiecha.

No to na koniec coś optymistycznego, żeby nie było tak stronniczo i groźnie. Przez długi okres (teraz już się wyprowadzili) miałam bardzo sympatycznych greckich sąsiadów, z którymi chodziłam nawet do kina albo na kawę. Wciąż mam dobry kontakt ze znajomą z Salonik, która swoją grecką charyzmą zaraża mnie za każdym razem gdy tego potrzebuję. Mam też kolegę Tashos'a, który jak trzeba odbierze mnie z lotniska i zawiezie pod sam dom. Mam teraz nową sąsiadkę - sympatyczną Greczynkę, której jak jadę do Polski zostawiam koty i klucz by podlewała kwiatki.

Tak sobie myślę, że pomimo tylu złych emocji jakie mogą nami targać każdego dnia, kiedy widzimy dyskryminację lub niesprawiedliwość, warto się uśmiechać do ludzi, którym daleko do braterstwa. Uśmiech wiele może zdziałać, może dzięki niemu CI GRECY zrozumieją, że poczucie szczęścia to nie tylko stan, kiedy 'mi jest dobrze' ale też, gdy 'innym jest ze mną dobrze':)

niedziela, 19 grudnia 2010

kryzys po grecku...

Za nami (jedyna chyba w roku) grecka niedziela pracująca. Muszę przyznać, że widok tylu aut na parkingach przed supermarketami zadziwiał, ale do Świąt zostało parę dni, każde chwyty więc dozwolone by w portfelach i na kartach kredytowych zostało jak najmniej.

W Polsce takie weekendowe zakupy to nic specjalnego i przyznać trzeba, że przyzwyczailiśmy się już do takiej formy spędzania wolnego czasu. Tutaj natomiast Grecy niezwykle cenią sobie wolne chwile (mimo, że nazywać je 'cennymi' to absurd) i niedziela jest dniem spędzanym w towarzystwie rodzinny lub przyjaciół i zazwyczaj na biesiadach w tawernach.

Gdyby tak zaprosić Panią Angelę Merkel, która tak szczodrze przyczyniła się do udzielenia Grecji milionów euro pomocy, żeby spędziła taką roboczą niedzielę na obserwacji zachowań Greków, to jestem przekonana o tym, że doszłaby ona do wniosku, iż kryzys gospodarczy kraju nie przekłada się na życie jego zwykłych obywateli. Galerie były dziś przepełnione ludźmi, których nie można nazwać zwiedzającymi ale wręcz obkupionymi. Parkingi podziemne i te przy sklepach nie mieściły wszystkich najnowszych cudeniek typu AUDI czy BMW. Greccy zresztą nie od dziś lubują się w posiadaniu aut typu jeep i wszystkiego co 'wypasione' i 'cyniarskie'. Udane zakupy trzeba było uczcić obiadem lub kolacją w restauracji, które choćby w Atenach nie mogą narzekać na zastój czy przestój. Kryzys kryzysem, ale po takim przedświątecznym niedzielnym widoku zastanawiam się czy Ci dotknięci recesją zostali w domu, a może tak naprawdę popęd konsumpcyjny zwycięży każdy kryzys?... hmm ale z drugiej strony, w końcu nie od dziś wiadomo, że na poprawę nastroju najlepsze są udane zakupy...

czwartek, 16 grudnia 2010

W poszukiwaniu selera i pietruszki...

Hmm... powiedzmy jest niedziela i naszła nas ochota na rosół. No i niby żaden problem, mówisz i masz tylko, że skąd wziąć włoszczyznę?

Na szczęście dajemy sobie radę, można wymyślić co trzeba, znaleźć warzywny zamiennik...

Nie wiem czy to może mój pech albo zły dobór supermarketu, ale dotąd nie znalazłam na greckich warzywnych półkach albo chłodniach ani selera ani pietruszki. Oczywiście całe zielone ziele jest, a ja się denerwuję czemu wyrzucają ten element, który jest w ziemi a mi oferują jego liście... No nic na to już chyba nie poradzę, polskie ziarenka smaku, warzywna kostka bulionowa, por na szczęście jest, marchewka też do wyboru do koloru i rosół "grecki" jest daniem niedzielnego obiadu.

Między polską a grecką kuchnią jest wiele różnic. Po pierwsze, my (choć tu już się trochę zmieniło) rzadko posługujemy się oliwą z oliwek, w tradycyjnych domach używa się liścia laurowego, pieprzu, soli ale zapomina o zdrowszych dodatkach jak: bazylia, tymianek, mięta, oregano, czy kminek, czego Grecy sobie nie szczędzą. Przyprawiają dosłownie wszystko i dobrze na tym wychodzą.

Po drugie, to nasze gorące zupy i dwudaniowy obiad- tu szczerze mówiąc trudno spotkać się z takim podejściem do obiadu, właściwsza jest przystawka a potem danie główne. Zupy oczywiście nie są Grekom obce, ale o kapuśniaku, żurku, czy barszczu w superlatywach możemy mówić tylko w Polsce. Jeśli chodzi o grecką zupę, to na myśl przychodzą mi owoce morza pływające w talerzu. No i właśnie kolejna różnica to kalmary, ostrygi, małże, ośmiornice, krewetki. Hmm... nie znam Greka, który by krzywo patrzył na morskie potrawy. W weekendy nadbrzeżne tawerny pełne są głodnych mieszkańców, którzy lubują się w rybach i innych morskich zwierzakach. Ja przyznam się szczerze, że kalmary smażone z przyjemnością zamówię ale już inne morskie przysmaki wcale mnie nie kuszą. Kwestia gustu podniebienia:)

Kolejna różnica to chleb i makaron. Ten pierwszy jest zawsze podawany do stołu niezależnie od pory dnia i roku ani od dania jakie jemy, właściwie ja nazywam go zapychaczem i przestrzegam przed obiadaniem się nim w tawernie zanim podadzą nam danie główne, bo potem trudno dokończyć to drugie.  Natomiast makarony, zostały trochę skopiowane od nadmorskiego włoskiego sąsiada i dobrze spełniają swoją rolę w greckiej kuchni. No a makaron jedzony jest oczywiście z chlebem:) W Polsce za to naszym numer jeden są gotowane ziemniaku, które tutaj wcale nie są popularne.

Na koniec interesująca jest sama pora jadania kolacji. Grecy wydają się nie przestrzegać zdrowych zwyczajów czasowego jedzenia ostatniego posiłku przed spaniem. Tutaj, tak naprawdę restauracje zaczynają huczeć około 22:00 i nie mają znaczenia argumenty zdrowego odżywiania - zresztą grecka kuchnia wpływa podobno na długo-żywotność Greków, a to jest dość ciekawe.

Czego więc brakuje Polakom w Grecji? Myślę, że wszystkich kwaśnot typu: ogórki kiszone, kapusta kiszona czy marynat w postaci grzybów. Mi doskwiera brak takiej długiej półki-model chłodnia, w której jest masa jogurtów do wyboru. Tutaj niestety tych, którymi się zajadam nie ma i przyzwyczaiłam się już do tego greckiego, białego, wysoko tłuszczowego. Teraz podczas Świąt ta kuchenna lista na pewno się wydłuży, ale te trzy dni szybko zlecą, a z nami zostanie grecka sałatka, suwlaki, dolmady, gyros i wiele innych...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

BYĆ JAK SCHUMACHER

KAŻDEGO DNIA

Sobota wieczór, dzwonią znajomi mieszkający w Pireus, zapraszają do siebie na popołudniową kawę. Dzieli nas tylko około 22km i fakt, że jest weekend ułatwia szybki dojazd. Te trzy dni sprzyją temu by Ateny nagle pozbyły się 30% mieszkańców, którzy wyjeżdżają wówczas na peryferie stolicy i tam odpoczywają. Ulice milkną, korki zmniejszają się do koniecznego minimum i miasto na chwilę staje się jakby ładniejsze.

Co innego jeśli byłby poniedziałek, godzina 18:00 wówczas oprócz kluczyków do auta, potrzebowałabym też niezłą dawkę cierpliwości i wytrwałośći, no i przydałby się taki nadtalent w postaci drugiej pary oczu. Grecja to kraj specyficznych kierowców, dodałabym nawet że niezwykle odważnych, a w Atenach tych bez wyobraźni nie trudno pominąć. Nie ma znaczenia fakt, że w Europie większość kierowców zdaje kurs według powszechnie przyjętych reguł bo to, że masz prawo jazdy nie znaczy, że potrafisz tutaj jeździć.  I nie ma znaczenia czy jest się mężczyzną czy kobietą. Tych drugich jeżdżących po Atenach jest nawet chyba nieco więcej i czasami radzą sobie znacznie lepiej niż mężczyźni, jednak muszę przyznać że i jednych i drugich obawiam się tak samo.

Przywykłam już do tych spartańskich warunków jazdy, ale czasami najlepiej jakbym wsiadając do samochodu od razu wiedziała, gdzie będę skręcała za pierwszym razem by trzymać się właściwego pasa ruchu od początku, a najlepiej żeby GPS zarezerwował mi miejsce parkingowe, a auto samo wbiło się między szamochodami pozostawiając po 10cm odległości od każdego. Niestety tak dobrze nie jest i po nabraniu wprawy w jeździe po ateńskich drogach, człowiek nawet  z najlepszymi europejskimi tradycjami i kulturą staje się drogową piranią, jedną ręką zmienia biegi, drugą odbiera telefon a kolanem steruje kierownicą. Nie zastanawia się gdzie i jak zaparkuje, bo po co utrudniać sobie życie dodatkowym stresem, grunt to dojechać w całości a dopiero potem martwić się gdzie zaparkować auto.

Taka codzienna droga do pracy to jak rajd F1. Czerwone światło, ręka na biegu i burczenie silnika gotowego na pomarańczowe, no bo jak... dopiero na zielonym nie wypada ruszać, zresztą zatrąbią człowieka na śmierć jak nie ruszy na czas. Potem tor przeszkód między samochodami, z jednego pasa na drugi, no  a przejazd na czerwonym świetle – byleby się tylko udało – to chleb powszedni. Tutaj nikt nie pamięta jakie jest ograniczenie prędkości w mieście, nic nie znaczy fakt wymijania samochodu z lewej strony. Tak naprawdę wszystkie chwyty są dozwolone, byleby z tego wyjść w całości...

Cechą charakterystyczną greckich kierowców (tych z urodzenia i tych z "wyuczenia) jest tzw. ZARAZ WRACAM, oj co my byśmy poczęli bez tej tajemniczej kontrolki w samochodzie, po której włączeniu można zatrzymać się w każdym momencie na drodze i wyskoczyć po dziecko z przedszkola, albo gazetkę do kiosku. Przeciętny Polak świateł awaryjnych używa stosunkowo rzadko, tutaj natomiast to nieodłączny element jazdy, który oprócz parkowania wszędzie oznacza również cofanie by zaparkować i wiele innych:) Przypomina mi się pewna historia, którą ostatnio usłyszałam od znajomego: "Jeden z kierowców zatrzymuje się na prawym pasie przy kiosku ruchu, by kupić papierosy, naciska cudowne ZARAZ WRACAM i wysiada, biedak nie zauważa że za nim stoi policja. Funkcjonariusz trąbi i krzyczy przez otwarta szybę: >Szybko kupuj pan te papierosy, bo nie mam czasu<".

Tutaj to czy zaparkujesz między dwoma autami w ścisku, przetrwasz korek w centrum czy wbijesz się w zatłoczoną drogę z pobocza jest sprawą normalną, niewymagającą pochwały, a w Polsce z takimi umiejątnościami zwyczajnie jesteś Schumacherem.