free counters Subskrybuj kanał RSS blogu
środa, 05 stycznia 2011

ZAWSZE! NA NOSIE

zanim zacznę, chciałabym złożyć Wam Noworoczne życzenia - spełnienia marzeń, dużo radości i uśmiechu. Tym, którzy planują już wakacje w Grecji by udało im się spędzić tu miło czas a tym, którzy codziennie słyszą 'kalimera', aby to przywitanie miało sens każdego dnia:)

Wracając nad ranem z sylwestrowej zabawy, stałam w potężnym korku przed wjazdem do centrum. Obserwując ludzi w autach zauważyłam, że wielu pomimo wciąż trwającej ciemności, ma na nosach okulary przeciwsłoneczne...dziwne?

Otóż okulary przeciwsłoneczne to nierozłączny atrybut Greka i nie ma znaczenia pora roku a jak widać nawet pora dnia. Na lotnisku w Berlinie najłatwiej znaleźć swoją kolejkę do cheek'inu przyglądając się ludziom, tam gdzie jest najgłośniej i gdzie wszyscy mają okulary na nosach lub głowach zawsze rozpoznaje się 'swoich' lecących do Aten.

Okulary przeciwsłoneczne to tutaj coś w rodzaju zawsze noszonego zegarka, czy kolczyków w uszach. W damskiej torebce mają swój zasłużony futerał, a na nosie wygrzane miejsce. Przechadzając się po ulicach greckich miast, da się zauważyć mnóstwo sklepików typu 'optyczne', gdzie do wyboru i do koloru mamy okluary powyżej 100 euro, a w tym Dior, Gucci, D&G etc.

Właściwie lubię to ich przyzwyczajenie, sama zimą noszę okulary, w samochodzie zawsze leżą na wierzchu bym mogła po nie sięgnąć, wciąż jednak nie potrafię przełamać się do jednego, a mianowicie do robienia sobie corocznej przyjemności i kupowania okularów przeciwsłonecznych za 200euro. Mam jedne które dostałam w prezencie i tak naprawdę leżą w domu w futerale czekając na specjalne okazje, tylko że niby jakie to? Przecież w końcu każdy moment jest dobry na to by założyć okulary przeciwsłoneczne i nikogo to tu nie zdziwi:)

wtorek, 28 grudnia 2010

«z grubej rury»

 

Dyskryminacja, rasizm, nacjonalizm, nietolerancja...
Wydaje się, że Europa to jeden z najstarszych wśród ucywilizowanych kontynentów, a już same członkostwo państwa w UE do czegoś zobowiązuje, powinno się świecić przykładem w poszanowaniu praw człowieka. Nic bardziej mylnego, o to jesteśmy w Grecji, kraju dla Greków, gdzie emigrant to jednostka niższej klasy i przydatna wyłącznie do robót ciężkich. Turytom mówimy tak, ale odpoczywajcie, płaćcie i wyjeżdżajcie, by zarabiać u siebie na powtórne wakacje w Elladzie.  Albańczykom mówimy tak, ale w ograniczonej ilości (nie udało się!) i byle by ich pozamykać w rolniczych obozach pracy. Pakistańczykom mówi tak, ale wyłącznie w domowych zaciszu, gdzie wykonają każdy nasz rozkaz. Mieszkańcom Afryki mówimy tak, ale byle by nie wychylali się z kuchni drogich tawern, bo jeszcze Grekowi odechce się jeść, jak pomyśli że te pyszności sporządziły czarne rączki. Polakom mówimy tak, bo w końcu ktoś musi pilnować nasze dzieci i uzupełniać braki personelu w restauracjach podczas sezonu. Niemcom mówimy tak, ale niech oddadzą co zwerbowali podczas II wojny światowej, pobudują hotele i wracają do siebie. No i tak prezentuje się w skrócie podejście typowego, gburowatego Greka do emigranta, który choćby ciut ciut ujawnił się ze swoim akcentem, a już zostałby z góry skreślony, jako ten który kradnie, gwałci i sieje chaos...
Nie zakładam z góry, że wszyscy są bee i nikt nie zasługuje tu na dowody sympatii, kłamałabym również, twierdząc że cała Ellada to zlepek takiego samego podejścia do inności, gdyż to tak naprawdę zależy od tego czy mamy do czynienia z  Grekiem z wysp, Grekiem z Aten czy Grekiem-mieszkańcem małego miasteczka na Północy albo Peloponezie.  Jest jeszcze jedna ciekawa zależność: Grecy mają zdolność przeobrażania się, a mianowicie to nie są tacy sami ludzie podczas sezonu turystycznego, jak poza nim, a więc ci, z którymi przychodzi nam się spotykać każdego dnia zimą czy wiosną. Stąd taka rozbieżność opinii wśród turystów zachwyconych grecką gościnnością a nami, którzy tu na co dzień przebywamy.Dyskryminacja, rasizm, nacjonalizm, nietolerancja...?Wydaje się, że Europa to jeden z najstarszych wśród ucywilizowanych kontynentów, a już same członkostwo państwa w UE do czegoś zobowiązuje, powinno się świecić przykładem w poszanowaniu praw człowieka. Nic bardziej mylnego, o to jesteśmy w Grecji, kraju dla Greków, gdzie emigrant to jednostka niższej klasy i przydatna wyłącznie do robót ciężkich. Turytom mówimy tak, ale odpoczywajcie, płaćcie i wyjeżdżajcie, by zarabiać u siebie na powtórne wakacje w Elladzie. Albańczykom mówimy tak, ale w ograniczonej ilości (nie udało się!) i byleby ich pozamykać w rolniczych obozach pracy. Pakistańczykom mówi tak, ale wyłącznie w domowym zaciszu, gdzie wykonają każdy nasz rozkaz. Mieszkańcom Afryki mówimy tak, ale byleby nie wychylali się z kuchni drogich tawern, bo jeszcze Grekowi odechce się jeść, jak pomyśli że te pyszności sporządziły czarne rączki. Polakom mówimy tak, bo w końcu ktoś musi pilnować nasze dzieci i uzupełniać braki personelu w restauracjach podczas sezonu. Niemcom mówimy tak, ale niech oddadzą co zwerbowali podczas II wojny światowej, pobudują hotele i wracają do siebie. No i tak prezentuje się w skrócie podejście typowego, gburowatego Greka do emigranta, który choćby ciut ciut ujawnił się ze swoim akcentem, a już zostałby z góry skreślony, jako ten który kradnie, gwałci i sieje chaos...

Grecy to megalomanii i nacjonaliści. Skoro antyczna Grecja imponowała i budziła grozę, to znaczy że dalej tak jest i wszystko to korzenie inteligencji i wyższości nad innymi. Ateny były kolebką demokracji, tej w czystej postaci, bezpośredniej (która dziś właściwie nigdzie nie istnieje), ale ciekawa jestem czy Perykles byłby ówcześnie dumny ze swojego ludu?

Przypomina mi się kasjerka w sklepie w Katerini, która latem rozmawiała ze mą po angielsku a zimą kręciła zaprzeczająco głową, że ona nie 'poniemaju' po angielsku. Sympatyczny inaczej był też urzędnik w IKA, który po jeden papier kazał mi się udać do własnego NFZ w Polsce, po czym jak go doniosłam stwierdził że jest mu już niepotrzebny. Przykre są też szemrania ludzi stojących przy kasie za Chinką albo Albańczykiem, a nie daj Panie Boże, żeby 'ci z czarnego lądu' rozkochiwali w sobie białe dziewczyny -  nie do zaakceptowania. Przypominam sobie też historię znajomych, którzy nie weszli do clubu z powodu albańskich paszportów, albo sytuację kolegi - inżyniera, który wezwany do service okna zdradził się z obcym akcentem i zadzwoniono do firmy z żądaniem żeby nie przysyłać klientom złodziei ale greckich pracowników. Dziwnie jest też rozmawiać w swoim ojczystym języku w Media Markt i usłyszeć komentarze po grecku od personelu, który myśli że ma do czynienia z turystami...

Nie zakładam z góry, że wszyscy są bee i nikt nie zasługuje tu na dowody sympatii, kłamałabym również twierdząc, że cała Ellada to zlepek ludzi o takim samym podejściu do inności. Bo to tak naprawdę zależy od tego czy mamy do czynienia z Grekiem z wysp, Grekiem z Aten czy Grekiem-mieszkańcem małego miasteczka na Północy albo Peloponezie. Jest jeszcze jedna ciekawa zależność: Grecy mają zdolność przeobrażania się, a mianowicie - to nie są tacy sami ludzie podczas sezonu turystycznego, jak ci poza nim - a więc z tymi, z którymi przychodzi nam się spotykać każdego dnia zimą czy wiosną. Stąd taka rozbieżność opinii wśród turystów zachwyconych grecką gościnnością a nami, którzy tu na co dzień przebywamy...

Mam wrażenie, że Grecy miastowi są najgorszymi egoistami i fanatykami. Ateńskie klimaty wręcz zaostrzają stosunki grecko-emigranckie, a władzom jakoś nie zależy na zmianie tej sytuacji. Jedni żyją obok drugich, ale daleka droga do tego by móc stwierdzić, że to miejsce wielokulturowości. Ateny bronią się przed tym rękami i nogami. Natomiast Grecy z wysp to rzeczywiście bardziej ucywilizowani ludzie, którzy nauczyli się dzielić ziemią z przybyszami i chyba nieźle wychodzą na tym obie strony. No i te małe miasteczka - a tam lekka ruletka, są miejsca gdzie prawa człowieka często nie mają żadnego znaczenia, a ci którzy pozostają w Grecji nielegalnie, tam znajdują schronienie i często mieszkają razem ze zwierzętami ciężko pracując na farmie, ale są też i takie obszary gdzie na hasło obcokrajowiec stara Greczynka szeroko się uśmiecha.

No to na koniec coś optymistycznego, żeby nie było tak stronniczo i groźnie. Przez długi okres (teraz już się wyprowadzili) miałam bardzo sympatycznych greckich sąsiadów, z którymi chodziłam nawet do kina albo na kawę. Wciąż mam dobry kontakt ze znajomą z Salonik, która swoją grecką charyzmą zaraża mnie za każdym razem gdy tego potrzebuję. Mam też kolegę Tashos'a, który jak trzeba odbierze mnie z lotniska i zawiezie pod sam dom. Mam teraz nową sąsiadkę - sympatyczną Greczynkę, której jak jadę do Polski zostawiam koty i klucz by podlewała kwiatki.

Tak sobie myślę, że pomimo tylu złych emocji jakie mogą nami targać każdego dnia, kiedy widzimy dyskryminację lub niesprawiedliwość, warto się uśmiechać do ludzi, którym daleko do braterstwa. Uśmiech wiele może zdziałać, może dzięki niemu CI GRECY zrozumieją, że poczucie szczęścia to nie tylko stan, kiedy 'mi jest dobrze' ale też, gdy 'innym jest ze mną dobrze':)

piątek, 24 grudnia 2010

 

 

KORZYSTAJĄC Z OKAZJI CHCIAŁABYM WAM ZŁOŻYĆ NAJLEPSZE ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA, JESTEŚMY RÓŻNI, WIERZĄCY I NIEWIERZĄCY ALE NA PRZEKÓR WSZYSTKIEMU WYSYŁAM WAM MOJE BOŻONARODZENIOWE UŚCISKI. NIECH KAŻDEMU  Z WAS GWIAZDA SPEŁNI JAKIEŚ MARZENIE, NACIESZCIE SIĘ BLISKIMI, PRZYJACIÓŁMI, CZASEM WOLNYM.

ODE MNIE W PREZENCIE MACIE CHOINKĘ *starałam się jak mogłam, ale sami się domyślacie że artystką nie jestem:), CHCIAŁAM NARYSOWAĆ BAŁWANKA, ALE W DZISIEJSZĄ ATEŃSKĄ POGODĄ W OGÓLE BY SIĘ NIE WKOMPONOWAŁ, JEDYNIE 'PREMIER' (chyba) MA PRAWO GŁOSU W SPAWIE ŚNIEGU:)

TRZYMAJCIE SIĘ CIEPŁO I

WESOŁYCH ŚWIĄT - ΚΑΛΑ XPIΣTOYΓENNA:)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

ATENY - pokochać albo znienawidzić...

Kiedy wyjechało się daleko od domu, zmieniło w jednym momencie całe środowisko, spaliło za sobą wiele polskich mostów w nadziei na nowe możliwości, to chyba naturalnym stanem rzeczy są pojawiające się momenty zwątpienia, kiedy człowiek zastanawia się czy podjął właściwe decyzje, a nawet powtarzają się pytania : 'co ja tu właściwie robię?'

Polaków bez wątpienia najwięcej jest w Atenach, w przeciwieństwie do innych grup emigracyjnych jak chociażby Albańczycy (którzy są właściwie wszędzie), wolimy skupiać się wokół większych aglomeracji, może wynika to z obawy, że gdzie indziej nie dalibyśmy sobie radę? A przecież o ironio, stolica to w końcu dżungla Ellady i tak naprawdę trzeba być silnym i odważnym, żeby tu dobrowolnie zamieszkać. To trochę tak ja z Warszawą (może tylko 100razy gorzej)gdzie trzeba walczyć o przetrwanie każdego dnia. Ci, którzy podjęli decyzję wyspiarskiego życia, albo wolą peloponeski spokój lub też północne klimaty doskonale zdają sobie sprawę z tego, jak wiele różni nas od nich.

Ateny to świat nienazwanego chaosu. Miasto to tylko w najwyższych partiach pachnie starożytnością, tutaj na dole wszystko ma albo smak spalin albo letniego słońca. Ateny bądź się kocha bądź nienawidzi i trudno to wytłumaczyć komuś, kto jest przejazdem albo przyjechał zobaczyć 'kamienie' Akropolu. Najśmieszniejsze jest to, że to wcale nie są stałe uczucia, bo każda pora roku sprawia, że Ateny się zmieniają. Latem nienawidzi się je za bezsenne gorące noce, temperatury, które w centrum są często o wiele wyższe niż na obrzeżach (ze względu na brak przepływności powietrza między przyległymi budynkami). Uwielbia się natomiast gorącą wodę i dostępność wakacyjnych wypadów na wyspy. Wiosną miasto rozkwita, wszystko zielenieje, wiatr jest delikatny i nawet jego lekki chłód współigra ze świecącym słońcem, które nie pali ale ogrzewa. Jesień jest nijaka, bo trudno ją wychwycić. Nie wiadomo kiedy kończy się lato a kiedy jest już zima. Trzeba jednak przyznać, że branża budownicza nabiera rozpędów właśnie pod koniec sezonu turystycznego, pełne portfele hotelarzy wydają rozkazy i jest co robić - Ateny zaczynają stukać i walić. No i zima, która jest jednym wielkim świętem, bo najpierw obchodzimy Święta Bożego Narodzenia, a potem nadchodzi Sylwester, Święto Trzech Króli i Karnawał. Ulice się świecą w dzień i nocy, dzieciaki zamieniają się w piękne i bestie i jest ogólnie wesoło.

Ateny jak każde duże miasto mają swoje wady. Ostatnio są to permanentnie powtarzające się strajki, ale powiedzmy sobie szczerze, że dotykają nas wówczas gdy półki w sklepach zaczynają robić się puste albo stacje benzynowe są zamknięte. Tak naprawdę radzimy sobie z nieczynnym metrem czy odwołanymi lotami na lotniskach. Zresztą nie jesteśmy drugim New York'iem gdzie paraliż metra to kwestia być albo nie być. Taki jeden dzień ma za zadanie zwrócić uwagę na jakiś problem a nie wywołać trzęsienie ziemi w Atenach (w praktyce bywa niestety różnie). Oczywiście najgorsza jest tutaj sama powtarzalność strajków a nie fakt ich istnienia. Bo o ile dajemy sobie radę z komunikacją to o tyle gorzej wypadają same Ateny w europejskiej opinii, a samo blokowanie lotniska, czy strajk w porcie podczas sezonu trudno zrozumieć, kiedy się wie iż turystyka to jedna z najważniejszych dziedzin tutejszego życia. Irytujące są też (jak wcześniej wspomniałam na innym wpisie) tysiące trąbiących na siebie samochodów (w Salonich kierowcy mają o niebo wyższą kulturę prowadzenia auta, a dzieli nas tylko 500km), wieczne zatłoczenie na drogach i brak możliwości szybkiego przemieszczania się z punktu A do punktu B. Osobiście deprymuje mnie również brak możliwości korzystania (poza sezonem) z zakrytych basenów, nie istnieje tutaj np. aquapark. Ateny to również miasto supermarketów, ale na tak dużej powierzchni znajdują się tylko (może) z 3 większe centra handlowe, gdzie w jednym miejscu można załatwić wszystko. Dla porównania w mniejszym Wrocławiu jest ich około 8! No i sami ludzie. Nie można Greków z góry dyskwalifikować jako niesympatycznych i zakładać że wszyscy są tacy sami. Oczywiście znajdzie się garstka tych, na których możemy liczyć. Mam jednak wrażenie że Ateny to miasto 'chwili' a nie aniołów. Na prawdę trzeba mieć dużo szczęścia żeby poza sezonem, będąc mieszkańcem znaleźć prawdziwe przyjaźnie, czy być zapraszanym do siebie przez sąsiadów. Ludzie wiodą raczej zamknięty styl życia, "otwartość" to tutaj pojęcie względne...

Ateny mają też swoje zalety. Przede wszystkim to duża aglomeracja, która prowadzi też w miarę zorganizowane życie kulturalne. Mamy duży dostęp do muzeów, teatrów, kin, jest opera, filharmonia (od roku funkcjonuje już nowe muzeum Akropolu).  Stale organizowane są różne festiwale, koncerty zapraszanych gwiazd. No i masa szkól, Uniwersytet, liczne kursy językowe, taneczne etc. Nocne ateńskie życie też ma swoje uroki, dysponujemy wachlarzem klubów, restauracji, cafejek. Obok nowoczesnych budowli, znajduje się masa małych skrytych uliczek, które mają swój typowo grecki klimat. Monastiraki, na przykład, wciąż inspirują i tętnią zarazem życiem i energią. Ateny to nie tylko centrum z parlamentem, ale też uwielbiane przez Ateńczyków podmiejskie dzielnice, pełne wyrafinowanych tawern, prywatnych plaży i nocnych clubów. Jeśli chodzi o przygody z samą naturą to do wyboru mamy chociażby Adventure Park, a dla dzieciaków nie lada gratką jest samo zoo i delfinarium.

Trochę się rozpisałam, ale o tym mieście można mówić bez ustanku i pomimo tego, że albo się je kocha albo nie lubi to nie sposób o nim zapomnieć...

Tagi: Ateny
18:31, anilek25 , Ateny
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 grudnia 2010

kryzys po grecku...

Za nami (jedyna chyba w roku) grecka niedziela pracująca. Muszę przyznać, że widok tylu aut na parkingach przed supermarketami zadziwiał, ale do Świąt zostało parę dni, każde chwyty więc dozwolone by w portfelach i na kartach kredytowych zostało jak najmniej.

W Polsce takie weekendowe zakupy to nic specjalnego i przyznać trzeba, że przyzwyczailiśmy się już do takiej formy spędzania wolnego czasu. Tutaj natomiast Grecy niezwykle cenią sobie wolne chwile (mimo, że nazywać je 'cennymi' to absurd) i niedziela jest dniem spędzanym w towarzystwie rodzinny lub przyjaciół i zazwyczaj na biesiadach w tawernach.

Gdyby tak zaprosić Panią Angelę Merkel, która tak szczodrze przyczyniła się do udzielenia Grecji milionów euro pomocy, żeby spędziła taką roboczą niedzielę na obserwacji zachowań Greków, to jestem przekonana o tym, że doszłaby ona do wniosku, iż kryzys gospodarczy kraju nie przekłada się na życie jego zwykłych obywateli. Galerie były dziś przepełnione ludźmi, których nie można nazwać zwiedzającymi ale wręcz obkupionymi. Parkingi podziemne i te przy sklepach nie mieściły wszystkich najnowszych cudeniek typu AUDI czy BMW. Greccy zresztą nie od dziś lubują się w posiadaniu aut typu jeep i wszystkiego co 'wypasione' i 'cyniarskie'. Udane zakupy trzeba było uczcić obiadem lub kolacją w restauracji, które choćby w Atenach nie mogą narzekać na zastój czy przestój. Kryzys kryzysem, ale po takim przedświątecznym niedzielnym widoku zastanawiam się czy Ci dotknięci recesją zostali w domu, a może tak naprawdę popęd konsumpcyjny zwycięży każdy kryzys?... hmm ale z drugiej strony, w końcu nie od dziś wiadomo, że na poprawę nastroju najlepsze są udane zakupy...

czwartek, 16 grudnia 2010

W poszukiwaniu selera i pietruszki...

Hmm... powiedzmy jest niedziela i naszła nas ochota na rosół. No i niby żaden problem, mówisz i masz tylko, że skąd wziąć włoszczyznę?

Na szczęście dajemy sobie radę, można wymyślić co trzeba, znaleźć warzywny zamiennik...

Nie wiem czy to może mój pech albo zły dobór supermarketu, ale dotąd nie znalazłam na greckich warzywnych półkach albo chłodniach ani selera ani pietruszki. Oczywiście całe zielone ziele jest, a ja się denerwuję czemu wyrzucają ten element, który jest w ziemi a mi oferują jego liście... No nic na to już chyba nie poradzę, polskie ziarenka smaku, warzywna kostka bulionowa, por na szczęście jest, marchewka też do wyboru do koloru i rosół "grecki" jest daniem niedzielnego obiadu.

Między polską a grecką kuchnią jest wiele różnic. Po pierwsze, my (choć tu już się trochę zmieniło) rzadko posługujemy się oliwą z oliwek, w tradycyjnych domach używa się liścia laurowego, pieprzu, soli ale zapomina o zdrowszych dodatkach jak: bazylia, tymianek, mięta, oregano, czy kminek, czego Grecy sobie nie szczędzą. Przyprawiają dosłownie wszystko i dobrze na tym wychodzą.

Po drugie, to nasze gorące zupy i dwudaniowy obiad- tu szczerze mówiąc trudno spotkać się z takim podejściem do obiadu, właściwsza jest przystawka a potem danie główne. Zupy oczywiście nie są Grekom obce, ale o kapuśniaku, żurku, czy barszczu w superlatywach możemy mówić tylko w Polsce. Jeśli chodzi o grecką zupę, to na myśl przychodzą mi owoce morza pływające w talerzu. No i właśnie kolejna różnica to kalmary, ostrygi, małże, ośmiornice, krewetki. Hmm... nie znam Greka, który by krzywo patrzył na morskie potrawy. W weekendy nadbrzeżne tawerny pełne są głodnych mieszkańców, którzy lubują się w rybach i innych morskich zwierzakach. Ja przyznam się szczerze, że kalmary smażone z przyjemnością zamówię ale już inne morskie przysmaki wcale mnie nie kuszą. Kwestia gustu podniebienia:)

Kolejna różnica to chleb i makaron. Ten pierwszy jest zawsze podawany do stołu niezależnie od pory dnia i roku ani od dania jakie jemy, właściwie ja nazywam go zapychaczem i przestrzegam przed obiadaniem się nim w tawernie zanim podadzą nam danie główne, bo potem trudno dokończyć to drugie.  Natomiast makarony, zostały trochę skopiowane od nadmorskiego włoskiego sąsiada i dobrze spełniają swoją rolę w greckiej kuchni. No a makaron jedzony jest oczywiście z chlebem:) W Polsce za to naszym numer jeden są gotowane ziemniaku, które tutaj wcale nie są popularne.

Na koniec interesująca jest sama pora jadania kolacji. Grecy wydają się nie przestrzegać zdrowych zwyczajów czasowego jedzenia ostatniego posiłku przed spaniem. Tutaj, tak naprawdę restauracje zaczynają huczeć około 22:00 i nie mają znaczenia argumenty zdrowego odżywiania - zresztą grecka kuchnia wpływa podobno na długo-żywotność Greków, a to jest dość ciekawe.

Czego więc brakuje Polakom w Grecji? Myślę, że wszystkich kwaśnot typu: ogórki kiszone, kapusta kiszona czy marynat w postaci grzybów. Mi doskwiera brak takiej długiej półki-model chłodnia, w której jest masa jogurtów do wyboru. Tutaj niestety tych, którymi się zajadam nie ma i przyzwyczaiłam się już do tego greckiego, białego, wysoko tłuszczowego. Teraz podczas Świąt ta kuchenna lista na pewno się wydłuży, ale te trzy dni szybko zlecą, a z nami zostanie grecka sałatka, suwlaki, dolmady, gyros i wiele innych...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

BYĆ JAK SCHUMACHER

KAŻDEGO DNIA

Sobota wieczór, dzwonią znajomi mieszkający w Pireus, zapraszają do siebie na popołudniową kawę. Dzieli nas tylko około 22km i fakt, że jest weekend ułatwia szybki dojazd. Te trzy dni sprzyją temu by Ateny nagle pozbyły się 30% mieszkańców, którzy wyjeżdżają wówczas na peryferie stolicy i tam odpoczywają. Ulice milkną, korki zmniejszają się do koniecznego minimum i miasto na chwilę staje się jakby ładniejsze.

Co innego jeśli byłby poniedziałek, godzina 18:00 wówczas oprócz kluczyków do auta, potrzebowałabym też niezłą dawkę cierpliwości i wytrwałośći, no i przydałby się taki nadtalent w postaci drugiej pary oczu. Grecja to kraj specyficznych kierowców, dodałabym nawet że niezwykle odważnych, a w Atenach tych bez wyobraźni nie trudno pominąć. Nie ma znaczenia fakt, że w Europie większość kierowców zdaje kurs według powszechnie przyjętych reguł bo to, że masz prawo jazdy nie znaczy, że potrafisz tutaj jeździć.  I nie ma znaczenia czy jest się mężczyzną czy kobietą. Tych drugich jeżdżących po Atenach jest nawet chyba nieco więcej i czasami radzą sobie znacznie lepiej niż mężczyźni, jednak muszę przyznać że i jednych i drugich obawiam się tak samo.

Przywykłam już do tych spartańskich warunków jazdy, ale czasami najlepiej jakbym wsiadając do samochodu od razu wiedziała, gdzie będę skręcała za pierwszym razem by trzymać się właściwego pasa ruchu od początku, a najlepiej żeby GPS zarezerwował mi miejsce parkingowe, a auto samo wbiło się między szamochodami pozostawiając po 10cm odległości od każdego. Niestety tak dobrze nie jest i po nabraniu wprawy w jeździe po ateńskich drogach, człowiek nawet  z najlepszymi europejskimi tradycjami i kulturą staje się drogową piranią, jedną ręką zmienia biegi, drugą odbiera telefon a kolanem steruje kierownicą. Nie zastanawia się gdzie i jak zaparkuje, bo po co utrudniać sobie życie dodatkowym stresem, grunt to dojechać w całości a dopiero potem martwić się gdzie zaparkować auto.

Taka codzienna droga do pracy to jak rajd F1. Czerwone światło, ręka na biegu i burczenie silnika gotowego na pomarańczowe, no bo jak... dopiero na zielonym nie wypada ruszać, zresztą zatrąbią człowieka na śmierć jak nie ruszy na czas. Potem tor przeszkód między samochodami, z jednego pasa na drugi, no  a przejazd na czerwonym świetle – byleby się tylko udało – to chleb powszedni. Tutaj nikt nie pamięta jakie jest ograniczenie prędkości w mieście, nic nie znaczy fakt wymijania samochodu z lewej strony. Tak naprawdę wszystkie chwyty są dozwolone, byleby z tego wyjść w całości...

Cechą charakterystyczną greckich kierowców (tych z urodzenia i tych z "wyuczenia) jest tzw. ZARAZ WRACAM, oj co my byśmy poczęli bez tej tajemniczej kontrolki w samochodzie, po której włączeniu można zatrzymać się w każdym momencie na drodze i wyskoczyć po dziecko z przedszkola, albo gazetkę do kiosku. Przeciętny Polak świateł awaryjnych używa stosunkowo rzadko, tutaj natomiast to nieodłączny element jazdy, który oprócz parkowania wszędzie oznacza również cofanie by zaparkować i wiele innych:) Przypomina mi się pewna historia, którą ostatnio usłyszałam od znajomego: "Jeden z kierowców zatrzymuje się na prawym pasie przy kiosku ruchu, by kupić papierosy, naciska cudowne ZARAZ WRACAM i wysiada, biedak nie zauważa że za nim stoi policja. Funkcjonariusz trąbi i krzyczy przez otwarta szybę: >Szybko kupuj pan te papierosy, bo nie mam czasu<".

Tutaj to czy zaparkujesz między dwoma autami w ścisku, przetrwasz korek w centrum czy wbijesz się w zatłoczoną drogę z pobocza jest sprawą normalną, niewymagającą pochwały, a w Polsce z takimi umiejątnościami zwyczajnie jesteś Schumacherem.

piątek, 10 grudnia 2010

My tu, Oni tam...

Przychodzi czas Świąt i zatroskany, stęskniony Polak zbierze się w sobie i ze sobą i poleci do kraju na parę dni - pozałatwiać swoje sprawy, odwiedzić znajomych, wysiedzieć swoje z rodziną przy stole, wypić hektolitry herbaty, nagadać się po polsku... Bo są Święta i w wielu polskich domach nie uchodzi, żeby w te ważne dni nie być w kraju - i nie ma znaczenia czy ktoś jest mniej lub bardziej wierzący- taka tradycja i już. No ale bilet nie kosztuje 80 euro jak z Londynu, ani nie da się wsiąść w samochód i w parę godzin przyjechać z Berlina. Taki 'wypad' to o wiele większa organizacja a co za tym idzie wydatek. Mimo wszystko na pewno wielu z nas powzięło już takie plany i odlicza dni do wyczekiwanego wyjazdu.

Trzeba przyznać, że dobrze być w ten czas w Polsce, bo tam, ta świąteczna atmosfera jest niepowtarzalna a warto też - zanim wrócimy na stare śmieci- postarać się o worek prezentów  tylko dla siebie: pełen dobrych rozmów, miłych spotkań i wielu wesołych wspomnień. W domu rodzinnym jest się na chwilę kimś wyjątkowym, bo Palak mieszkający i pracujący w Dublinie, Londynie, Monachium czy Milanie to już nie to samo co Polak przylatujący na Święta z Grecji. Ta opcja zalicza się już do zbioru egzotycznego i pytanie czy dlatego, że jesteśmy na tyle odważni żeby być właśnie tu, czy na tyle bogaci, żeby nie być tam?

Dla wielu sam fakt, że jesteśmy tutaj jest już godzien pozazdroszczenia, w końcu mamy wciąż plusowe temperatury a do pracy czy na zakupy nie jedziemy tonąc w zaspach śniegu. Ciotki będą zapewne wypytywać jak to dobrze mieszka nam się w tym kraju bogów, wujkowie będą interesować się naszymi odczuciami co do kryzysu gospodarczego Grecji, czy rzeczywiście starcia w centrum Aten są tak niebezpieczne a znajomi postarają się o zaklepywanie miejscówek u nas na wakacje. Niewielu wie, jak jest naprawdę i przyznajmy, że nam samym nie zależy na tym, żeby zwierzać się wszystkim z własnych emigracyjnych zmartwień, w końcu: "No to po co tam siedzisz, wracaj do kraju" usłyszeć najłatwiej. Do Polski jedziemy po pozytywną dawkę energii a nie po to by tłumaczyć się z własnych decyzji, lepiej więc poprzestać na traktowaniu nas jako zjawisko nadprzyrodzone i opowiadać jak to mamy gorącą zimę na południu Europy, jak dziwnie ubierać choinkę i rysować bałwanki na szybach, skoro aura pogodowa daleka jest od polskich warunków, a że morze widzimy z balkonu, albo na Akropol mamy 20minut i sprawa załatwiona...

Znajdzie się tez wielu (w tym również ja), którzy nie wyjadą, 'nie wrócą' lub 'nie odwiedzą' bliskich w Polsce a Święta spędzą tu, sami ze sobą, w gronie znajomych. To na pewno wprowadza w jakiś stan większej tęsknoty za pływającym w wannie karpiem, za rybą 'po grecku' (o ironio tutaj nikt o niej nie ma zielonego pojęcia), za całymi dwunastoma potrawami, za kolędowaniem itd. Mimo wszystko usiądziemy po naszemu do stołu, złożymy sobie życzenia, co niektórzy pójdą do polskiego Kościoła na Pasterkę. Zapewne położymy pod choinką prezenty, odświętnie się ubierzemy, spędzimy ze sobą więcej czasu. Może i niektórzy uronią łzę, że MY JESTEŚMY TU, A ONI TAM...

środa, 01 grudnia 2010

Hej,

Nie wiem czy mój blog będzie cieszył się jakimkolwiek zainteresowaniem, ale pomyślałam że jeśli nie spróbuję to się o tym nie przekonam.

Postanowiłam go założyć, bo od kiedy zamieszkałam blisko Aten (ponad rok temu), wciąż trudno jest mi się tu odnaleźć i nadal zastanawiam się czy to tylko moje emigracyjne odczucia, czy coś w tym kraju jest takiego co demobilizuję do pokochania go w całości.

Zastanawiam się jak Polacy radzą tu sobie - Ateny, Lamia, Peloponez, wyspy, czy Saloniki to nie Londyn czy Dublin albo Berlin, gdzie Polacy mają aktywniejsze i dużo lepiej zorganizowane życie polonijne, tutaj wszystko smakuje i wygląda inaczej.

Na szczęście wiele można zmienić gdy nie jest się samemu. Dlatego namawiam Was - piszcie, mówcie jak Wy sobie radzicie w tej dżungli, polecajcie sposoby jakie używacie w  wielu czasami paradoksalnych sytuacjach , zdradzajcie złote środki i podzielcie się swoim odczuciami...

pozdrawiam

1 , 2 , 3